sopot
niedziela, 31 października 2010
wtorek, 24 listopada 2009
Wspomnień czar...
Może i nie czar. Trochę żal...
Polanica - kiedyś cicha, sentymentala miejscowość. Dziś odmieniona.
Bardziej przypomina nasz Sopocki deptak- kafejki, ogródki, kramy i pełno ludzi.
Byłam też pod budynkiem "starego" szpitala.Widok nie ciekawy- ruina.To smutne.
Usiadłam na murku i patrzyłam , a wspomnienia tamtych minionych pobytów tutaj wróciły jak film w "starym kinie".
Tu rozpoczął się mój etap życia przywracający nadzieję na lepszy wygląd.
Ten szpital z biegiem czasu stał się moją oazą wytchnienia od świata zewnętrznego. Zaangażowanie lekarzy chirurgów, opieka pielęgniarek oraz obecność innych ludzi, którzy byli podobnie „inni” – to wszystko sprawiało, iż pobyt dla kolejnej operacji był pobytem, podczas którego odpoczywałam psychicznie. Nabierałam sił i nadziei, że efektem ostatecznym będzie uwolnienie od natręctwa gapiów oraz możliwość akceptacji odbicia widzianego w lustrze.
Te mury otulały mnie bezpiecznym pancerzem przed światem zewnętrznym.
Tu byli tacy sami jak ja- pokrzywdzeni przez los, nieakceptowani przez ludzi na zewnątrz. Zawsze była nadzieja na poprawę wyglądu. Można było czuć się swobodnie, nie zakrywać twarzy, ale śmiać się, żartować. Poznawać nowych ludzi, zaprzyjaźniać się bez lęku, że nie zaakceptują z powodu wyglądu.
Tu nikt nie był odrzucany. Rodziły się przyjaźnie. Były dobre i złe chwile- ale zawsze była- nadzieja.
Przez okres 10 lat przeszłam tu 25 zabiegów chirurgicznych.
Ale i ten czas się zakończył. W dniu, kiedy usłyszałam, że to był ostatni pobyt poczułam jakby zamknięto drzwi do mojego drugiego domu, do mojej oazy i nadziei.
Schody, którymi schodziłam w kierunku miasta nie miały końca...
Pamiętam wiele z tamtych pobytów i atmosferę, która tam panowała.
Było „plażowanie”,„dyskoteki”,biegi do łazienki, Panią R. wołającą rano, że wody nie będzie, przemarsz watachy lekarzy podczas obchodu , oczekiwanie pod salą opatrunkową, jazdę wózkiem po operacji, pomysły co zrobić by zostać na dłużej, babskie wieczorki na metalowym łóżku stojącym na balkonie… oj było tego sporo.
Parę lat temu byłam tu, na ostatniej operacji , ale i dla wspomnień . ;)
Leżąc w łóżku delektowałam się panującą tu atmosferą, odgłosami; chodziłam po korytarzu i oczami wspomnień widziałam wydarzenia które kiedyś tu miały miejsce; dotykałam scian,a w nocy siedzialam na korytarzu przy oknie.
Teraz oknem tym wpada tylko wiatr...
To co miłe - szybko się kończy.
Te kilka ciepłych dni lata (urlopu)podzieliłam na dwa etapy. Pierwszy był czynnym wypoczynkiem w bardzo sympatycznej atmosferze, drugi to wspomnień czar i zwiedzanie.
Krościenko to bardzo pięknie i malowniczo położona miejscowość.
Tam wraz z przesympatyczną przyjaciółka Halinką pojechałyśmy na odpoczynek do naszej wspólnej znajomej Krysi. Zaprosiła nas do domu, ktory kiedyś pełnił rolę pensjonatu. Stary, tajemniczy dom, w swej historii kryjący ciekawe dzieje. Dziś czeka na renowacje.
Na miejscu poznałam jeszcze jedną miłą osobę- Irenkę.
Wszystkie trzy Panie okazały się wyśmienitymi turystkami.
Z podziwem patrzyłam jak żwawo szły pod górę przy wejściu na Trzy Korony.
Widok z punktu widokowego był wspaniałą nagrodą dla tego wysiłku.
Miałyśmy typowo górską pogodę.Jednego dnia piękne słońce, drugiego burza z piorunami, a nawet gradem.
Ale nam to wcale nie przeszkadzało, humory miałyśmy wyśmienite.
Deszcz nie przeszkodził w wypadzie na Słowację.
Zwiedzałyśmy też pobliskie miejscowości.Zaporę i zamek w Niedzicy
No i obowiązkowo spływ Dunajcem
wtorek, 13 stycznia 2009

Byłam na wizycie kontrolnej u lekarza.
" dobrze że jesteś... "- usłyszałam
w domyśle - bo cię kiedyś z ramion śmierci wyrywałam
żyję ... - bo mnie śmierć nie chciała ,
może już o mnie zapomniała ?
Wybiera, przebiera a mnie wciąż omija...
żartuje, drwi ze mnie ?
odchodzą znajomi...
czasem się przywita, postraszy i znika
- tajemnicza dama
Jak kotka co bawi się ofiarą...
złapie i puści , czasem spojrzy w oczy,
znudzi się na chwilę...
- i tak na okrągło...

EPITAFIUM
odszedł... nie przyszedł... poszedł... nie wrócił...
jeszcze niedawno rozmawiał, żartował i pozostały niedokończone słowa...
nie przeczytał w radiu swych wierszy
niesamowitych wierszy
"
CZERWIEŃ
O czerwieni utwory pisują, pisarze
O czerwieni sztandarów mawiają włodarze
O czerwieni ornatów nauczają kapłani
O krwi czerwonej mówią weterani
O czerwonych makach śpiewają gdzieś w krajach
O czerwieni także mawiają w szpitalach
O czerwieni kolorach w szkołach nauczają
O czerwonym kolorze leki nam podają
O czerwonym brzasku zwątpienie dopada
O czerwonym piekle cicho opowiada
Też czerwono widzę, leżąc na tapczanie
Odpuść mi tą czerwień, mój Ty dobry Panie!"
Gdańsk 24 IV 2007 godz.4rano
"Napisałem w trakcie leczenia onkologicznego, będąc towarzyszem w chorobie, w nadziei i beznadziei oraz oczekiwaniu na śmierć
Gdy światło lampy przenika prze pojemnik z chemią
To tak jakby Jutrzenka różowymi palcami rozdzierała mrok nocy
Nadchodzi wtedy czas... czas modlitwy...
CZAS...
... OJCZE NASZ, DLA ODWAŻNYCH...
Ojcze nasz któryś jest w niebie - mam 3 tygodnie i raka mózgu, posłałeś mnie aby rodzice cieszyli się moją obecnością a już musze umrzeć,nie dotknę nigdy stopami ziemi
święć się Imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje- mam 3 latka choruję na raka krtani nigdy nie wypowiem żadnego imienia i nie dowiem się przed śmiercią co to jest twoje królestwo
bądź wola Twoja- mam 20 lat z powodu raka usunięto mi macicę, nigdy nie urodzę upragnionego dziecka, nie przytulę go do piersi i do śmierci nikt nie powie do mnie mamo.
jako w niebie tak i na ziemi - mam 15 lat z powodu raka z przerzutami nie będę miała piersi, nigdy nie założę bluzeczki z dekoltem i bikini na plażę. Do śmierci nie poznam smaku miłości i radości jak moi rówieśnicy
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj- mam 30 lat choruje na raka żołądka, umieram z głodu siedząc przy suto zastawionym stole
i odpuść nam nasze winy jako imy odpuszczamy naszym winowajcom- mam 50 lat z powodu raka z przerzutami amputowano mi ramiona. Nauczono mnie zabijać i niszczyć innych. Do śmierci nie wyciągnę ręki na znak pokoju
I nie wódź nas na pokuszenie- mam 40 lat od trzech lat męczy mnie rak trzustki, morfina już nie działa, z bólu zaciskam zęby i pięści, nie ma żadnej nadziei, chcę,żądam, aby mnie uśmiercono.
ale zbaw nas ode złego- więc o cóż mogę prosić Cię mój Boże !!!?
Amen. "
"
21 marca 2007
Non omnis moriar,
to napis na grobie
Non omnis moriar,
przeznaczony Tobie
Non omnis moriar,
nadzieja do życia
Non omnis moriar,
jeszcze do odkrycia
Non omnis moriar,
strach to, czy też męstwo?
Non omnis moriar,
klęska czy zwycięstwo?
Non omnis moriar,
Demokryt, czy Horacy?
Non omnis moriar,
o ciężkiej to pracy
Non omnis moriar,
życie pełne chwały
Non omnis moriar,
nie przeminę cały
Moim towarzyszom z grupy wsparcia Akademii Walki z Rakiem poświęcam "
Jerzy "Kombatant"

"
Na skrzydłach aniołów
lecimy do gwiazd...
Na skrzydłach aniołów,
z których bije blask.
Na skrzydłach aniołów,
które Bóg wysyła,
aby niosły pokój nam
i miłości wiele.
Miłości,
jaką ślą do nas
Przyjaciele..."
do zobaczenia w niebie...
niedziela, 15 czerwca 2008
ZOO
Jak dobrze, że narezcie zrobiło się ciepło!
Wraz z koleżankami byłam na cudownym "pikniku" w ZOO Oliwskim. Okręgowa Izba Pielęgniarek zorganizowała festyn . Pogoda dopisała . Dzień wypadł wspaniale!
Napstrykałam mnóstwo fotek , zwłaszcza zwierzakom.
Oto one:
oraz filmik z foczkami
wtorek, 25 marca 2008
niedziela, 17 lutego 2008
Spacer nad morzem
czwartek, 7 lutego 2008
"Co nas nie złamie to nas wzmocni"

Już po, ale to był ciężki czas...
Jeszcze nie tak dawno uważałam jak pewnie setki kobiet iż mnie to nie spotka.
ALE SPOTKAŁO ! I było totalnym zaskoczeniem.
I to mówi ktoś kto ma do czynienia z medycyną na co dzień i kto się o tym wszystkim uczył.Nic to nie dało.
Dlaczego? - nie umiem bezpośrednio odpowiedzieć na to pytanie
Wyczułam guz w jednej z piersi- był już duży.
Dopiero ból szybko rosnącego guza zwrócił moją uwagę.
Pomyślałam o mammografii- zapisałam się po skierowanie do onkologa~miesiąc oczekiwania, potem kolejny miesiąc oczekiwania.Wynik- guz, dużych rozmiarów. Potrzebne dokładne jego zdiagnozowanie, czyli punkcja BAC. Znowu kolejny czas oczekiwania na badanie...
Przy nakłuwaniu zadano mi pytanie, dlaczego tak długo czekałam, że guz jest już tych rozmiarów?Dwa lata temu byłam na USG piersi, wszystko było w normie.
Fakt, to było dwa lata temu!
Wynik okazuje się -niejednoznaczny – wskazane jest usunięcie guza i histopatologiczne badanie śródoperacyjne.
Zatem kolejny etap – zapisać się w kolejkę oczekujących na zabieg do szpitala.
W AMG na oddział chirurgii onkologicznej- otrzymuję termin- za trzy tygodnie.
Do terminu operacji pozostał jeden dzień ,gdy zadzwonił telefon komórkowy- …”przykro nam, ale proszę nie zgłaszać się na oddział, gdyż operowanych jest tylko 2 pacjentów z 6 planowo operowanych wcześniej. Nie jestem w stanie podać następnego terminu. Proszę czekać na telefon. „
Trudno było przyjąć tą wiadomość. I co teraz? Gonitwa myśli…
Ile czasu? Jak długo jeszcze przyjdzie mi czekać? Czy ja mogę czekać? Co robić w tej sytuacji? Pracowałam; ale czułam się wewnątrz kompletnie zagubiona.
Zapisałam się w kolejkę na zabieg operacyjny do innego szpitala - kolejny termin za miesiąc. W mojej głowie pulsowała myśl- czy to dużo, czy to mało? Tylko miesiąc, czy- aż miesiąc? I czy za miesiąc ten szpital przyjmie mnie, czy też sytuacja się zmieni i otrzymam kolejny telefon podobny jak z AMG?
Minął tydzień.
Niespodziewanie otrzymałam wiadomość o szansie na zabieg w szpitalu w Kościerzynie.
Nie było sensu się zastanawiać. Dość czekania.
Po skonsultowaniu wyników okazało się i potwierdziło, iż powinnam być poddana operacji . Zostałam.
Chirurg postawił sprawę jasno -zmiana łagodna – tylko usunięcie guza - zmiana złośliwa- mastektomia, czyli- usunięcie całej piersi. Opcji operacji oszczędzającej pierś - nie ma.
Miałam dwa dni na decyzję i podpisanie zgody na ew. mastektomię.
To były bardzo długie dwa dni i noce.

Rozsądek zgadzał się ze słusznością wyboru chirurga; jednak jako kobieta trudno było się z tym pogodzić.
Nie mogłam patrzeć w lustro, bo oczami wyobraźni widziałam swoje ciało już bez jednej piersi.
Ostatecznie wyraziłam zgodę .
Szczególnie była to dla mnie trudna decyzja, gdyż w swoim życiu byłam już operowana z powodu Ca( nowotworu) i przeszłam naświetlania, po których ubytek tkanki był tak znaczny, iż musiałam być poddana ponad 20 operacjom rekonstrukcyjnym. Teraz czekał mnie kolejny zabieg i wielka niewiadoma po obudzeniu się z narkozy.

Teraz po raz... - trzydziestypierwszy leżałam na stole operacyjnym. Poprzykrywana zielonymi prześcieradłami . Zniewolona i zależna od losu . Na dokładkę anestezjolog tuż przed samym zabiegiem zdołował mnie kompletnie. Chciałam go poinformować o pewnej istotnej rzeczy i poprosiłam by zanim podda mnie narkozie- porozmawiał ze mną. Lecz jego odpowiedź brzmiała " - ja po to zostałem anestezjologiem by z pacjentem nie rozmawiać" Cóż ,miał rację- nie miałam już ochoty na dalszą rozmowę.
„ Nie chcę się obudzić i dowiedzieć, że straciłam pierś. Nie chcę! Wolę się nie obudzić”- taka była ostatnia myśl zanim zadziałał lek wprowadzający w narkozę.
Na szczęście tak się nie stało.
Pamiętam sam moment wybudzania na stole operacyjnym, potem przejmujące uczucie zimna już na sali wybudzeń i ból jakby w ranie został skalpel oraz spokojny głos pielęgniarza. Dobrze, że był bardzo delikatny,taktowny i cierpliwie czekał na powrót mojej świadomości ( to pomogło mi przetrwać ten trudny czas).
Również na oddziale ze strony personelu pielęgniarskiego doświadczyłam wiele ciepła, wyrozumiałości, taktu i oczywiście fachowej pomocy. Jestem Im za to bardzo wdzięczna.
Genewa
Byłam tam wraz z 70- osobową grupą z całego trójmiasta. Było to spotkanie ludzi z całej Europy organizowane przez braci z Taize.
Takie spotkania organizowane są co roku w innym kraju europejskim.
Dojechaliśmy tam po dość długiej i męczącej podróży piętrowym autokarem.Po drodze mieliśmy 9 godzin postoju w Lipsku.
W samej Genewie zostaliśmy podzieleni na dziesięcio - osobowe grupki i poprzydzielani do różnych regionów miasta.
Otrzymaliśmy mapki miasta i transportu - wskazano nam kierunek gdzie jest pierwszy przystanekautobusowy i musieliśmy sami dotrzeć na wskazany adres.
Na szczęścieGenewa ma wspaniale zorganizowana komunikację miejską( jestem pełna zachwytu!).
Z 2 przesiadkami dotarliśmy na drugi koniec miasta w około godzinę. Tam kolejny podział - na miejsca noclegu.
Mnie i trzy koleżanki przydzielono do bardzo sympatycznej Pani, która odstąpiła nam swój jeden pokój na czas pobytu. Miałyśmy swoje śpiworki i karimaty , które porozkładałyśmy na podłodze. ( pierwszej nocy "padłyśmy" bardzo zmęczone, ale rano miałyśmy problemy z podniesieniem sie z podłogi. No, ale nie wypadało narzekać. Po śniadanku wyruszyłyśmy do kościoła na modlitwy a potem z mapą w ręku na zwiedzanie miasta. Dużo widziałyśmy , przedeptałyśmy też sporo.
Wieczorem pojechałyśmy na modlitwy wieczorne do hal "Polexpo" , a do domu wróciłyśmy dość późno bo około 23 wieczorem.
I spotkała nas bardzo miła niespodzianka, bo na podłodze leżały solidne materace piankowe, a na nich nasze karimatki i rzeczy przez nas pozostawione.
Pani u której zamieszkałyśmy- okazała się bardzo miłą, sympatyczną i komunikatywną osobą. Porozumiewałyśmy się z nią w języku angielskim (ja w języku włoskim). Zresztą jeśli chodzi o języki to Genewa jest istną wieżą babel. Na szczęście podczas naszego tam pobytu Polacy zdominowali miasto. Wszędzie było słychać język polski. No ale nie ma się co dziwić skoro
na 40 000 uczestników 9000 było z Polski.Tak więc w dzień zwiedzałyśmy, a wieczorem uczestniczyłyśmy w modlitwach na halach Polexpo.
Była cudowna pogoda- słoneczko nam przygrzewało, więc z przyjemnością podziwiałyśmy uroki miasta.
Byłyśmy w katedrze, włącznie z wierzą z której było widać przepiękną panoramę miasta,w cerkwi,pod siedzibą ONZ i Czerwonego Krzyża, na moście i promenadzie - skąd było widać fontannę .
Pojechałyśmy też do Montreux i tam szłyśmy promenadą nad brzegiemjeziora podziwiając i delektując się pięknymi widokami gór odbijającymi się w tafli jeziora. Zwiedziłyśmy też XIII-wieczny zamek.

Po mieście i okolicach poruszałyśmy się wszystkimi środkami transportu miejskiego swobodnie , gdyż wszyscy uczestnicy otrzymali specjalne karty na komunikację miejską gratis( włącznie z pociągiem podmiejskim).No ale to co dobre szybko się kończy i trzeba było wracać. W powrotnej drodze mieliśmy postój w Berlinie. (Tu trochę zmarzłam, bo było dość zimno)Ale ogólnie jestem bardzo zadowolona z tej wyprawy- szkoda tylko iż trwała tak krótko.Szkoda też, że wcześniej nie znałam tych wyjazdów. Muszę przyznać iż młodzież Europy jest zupełnie inną już grupą ludzi. Są naprawdę europejczykami- takie odniosłam wrażenie. Wszyscy czuli się ze sobą dobrze, byli dla siebie życzliwi ,pomocni. Oby kiedyś taki stał się świat!.
Na koniec- publikuję mały filmik z orginalnego pieńka- który stał się swoistym dziełem. Po zwalonym drzewie artysta dokonał na nim orginalnego dzieła.
Etykiety: Genewa- spotkanie młodych
czwartek, 23 sierpnia 2007
czas miniony - nie stracony

Klemens V Jan XXII Benedykt XII Klemens VI Innocenty VI Urban V Grzegorz XI .

Imponująca budowla z XIV wieku w stylu gotyckim - Pałac Papieski (Palais des Papes) w przeszłości był siedzibą papieży.
poniedziałek, 30 lipca 2007
A czas płynie jak rzeka
sobota, 21 kwietnia 2007
piątek, 12 stycznia 2007
poniedziałek, 1 stycznia 2007
poniedziałek, 25 grudnia 2006
niedziela, 15 października 2006
Dzień Papieski

Dziś DZIEŃ PAPIESKI
czas na refleksję............
Myślę iż bardzo brakuje nam, Polakom tego ludzkiego fundamentu, który odszedł do domu Pana.
To był człowiek wielkiego serca, umysłu i modlitwy.
Kiedy żył- wydawało sie iż będzie żył wiecznie.
Tak żyje wiecznie, lecz już nie tu na ziemi.
OJCZE- wstawiaj się za nami bo świat zapomina o tym życiu wiecznym!
jesień

Chyba dopadła mnie jesienna handra. Liście z drzew spadają, zrobiło się zimno i szaro i ... smutno. Słoneczko już nie takie ciepłe i przytulne, zresztą chowa się za chmurki. E....tammmmmmmmm ...przydało by się przespać czas zimy i obudzić się wiosną gdy zazielenią się drzewa. Szkoda że nie ma takiej możliwości. Cóż , a tu czas ucieka. Kasztany spadają na głowę, liście szeleszczą i pada jesienny deszcz.
poniedziałek, 11 września 2006
co było w sierpniu


No tak nie miałam weny, albo czasu, albo sama juz nie wiem czemu...
Czas czasami tak niemiłosiernie człowiekowi ucieka. A to już minął cały sierpień.
Na początku byłam na rekolekcjach zorganizowanych przez Ruch Rodzin Nazaretańskich.
Tym razem w Kortowie- jest to miasteczko studenckie koło Olsztyna.
Mieszkałam w domu studenckim , w pokoiku z bardzo sympatycznymi dwoma osóbkami- Violetą i Moniką.
Takie zamieszkanie na jakiś czas z osobami których się wcześniej nie znało jest bardzo ciekawym doświadczeniem.
Monika "sfrunęła" pewnego wieczoru jak takieś świerzo opierzone piskle co ma
jeszcze żółto w głowie.
Było to jak powiew świerzego, uśmiechniętego i zwariowanego powietrza.
Uparcie nie chciała zwracać się do mnie po imieniu co mnie irytowało i z checią kopnęła bym ją w coś...ale nie wypadało jako,że to były rekolekcje ;).
Taka mała istotka przyniosła słońce w nocy. 
Byłam nastawiona na to iż ten czas rekolekcji będzie czasem skupienia,
wyciszenia...
a tu jak grom z nieba - mam być animatorką grupy młodzieży gimnazjalnej!!!
![]()
`
Ja z nimi nie jestem w stanie tego zrobić, nie znam ich jezyka, rozumowania
- NIE, NIE i jeszcze raz NIE!!!
Zaparłam się i- dostałam najmłodszą grupę - poniżej 4 roku życia.
O Boże !!! Wpadłam z deszczu pod rynnę!!! .
Myślałam ,że Pan Bóg chyba zwariował. Ale nie zostawił mnie samej.
Oprócz mnie była "ciocia Tosia" , która troiła się i dwoiła by utrzymać grupę tych maluchów i je czymś zainteresować.
Nie mając NIC -trzeba było przez bite dwie godziny tymi dziećmi się zajmować.
A tu na dłuższe niż pięcio minutowe zainteresowanie nie było szans.
Patrzyłam na Tosię a potem na Irenkę z podziwem jak z głowy na poczekaniu wymyślała nowe zabawy.
Z kolorowych misek tworzyła bębenki ,kierownice ,światła,domki,kapelusze...
Ale dzieci jak to dzieci , chwila zabawy i już po zainteresowaniu.
Ciekawsza była spinka koleżanki, którą najlepiej wyrwać, albo jej miska, 
lub kontakt w ścianie, albo wieszak który sie huśta...
Oczy dookoła głowy i uszy z watą, bo często sprawdzały siłę swoich strun głosowych
które wydawały zazwyczaj przeraźliwy pisk.
Po tych dwóch godzinach - miałam zamęt w głowie totalny. A tu czas na mszę.
No i nici z moich planów na wyciszenie. Pozostał gest pustych dłoni.
Totalna niemoc.
Zastanawiałam się czemu miało służyć to doświadczenie.
I chyba już wiem. Nie mam dziecka i nigdy nie doświadczyłam jak zachowują się dzieci.
Oprócz ich niesforności były też wzruszające momenty- kiedy to z bezgraniczną ufnością rzucały się w objęcia ( na ręce) , gdy czuły sie zagrożone.
W treściach rekolekcji przeważał temat ramion Maryii ( Matki Bożej).
Dopiero po tym doświadczeniu zrozumiałam co znaczy być dzieckiem, które chowa się w
opiekuńczych ramionach... 








